Julia Franck „Południca” -„Przyszłość, ponieważ była wspólnie tworzona, wspólnie rozważana i wspólnie wybierana, już nie istniała.”

cover-4917Julia Franck Południca, Wydawnictwo WAB 2010.

Na imię masz Alicja, słyszysz? Skoro ja tak mówię, to tak jest.

To jest miłość, Alicjo, odezwał się.

Posłuchaj, Alicjo, nie pozwolę, żebyś mi wyjaśniała świat. Helena starła sobie w ciemności kropelki jego słów z twarzy. Czy kiedykolwiek zależało jej na tym, żeby wyjaśniać mu świat?

Smutna i przygnębiająca historia. Życie, czym ono było dla młodej kobiety pochodzenia żydowskiego w Niemczech w trakcie wojny. Ukryta tożsamość Heleny, zwanej przez męża Alicją zdawała się nie mieć dla niej znaczenia, jakby wraz z nowym imieniem nastał nowy porządek. To tylko ułuda. Julia Franck w niezwykły sposób stworzyła/przedstawiła postać Heleny, a później Alicji, niewiele wiemy o tym, co myśli główna bohaterka, znamy za to uczucia jej porzuconego syna, Petera. Ciekawi mnie prawdziwa historia rodzinna Julli Franck, jednak nie udało mi się znaleźć nic na temat powojennych losów jej ojca. Książka nie jest porywająca, podobnie jak życiu wielu z nas, jednak sposób opowiedzenia tej historii jest niezwykle ciekawy. Wielokrotnie chciałoby się zapytać: Heleno dlaczego?

Kiedy go odbierała, jego spojrzenie było obce. Spytał: Gdzie byłaś, mamo? Helena myślała o rannej pielęgniarce z Warszawy, której amputowano obie nogi. Przywieziono ją dopiero kilka dni temu, była pierwszą ranną, z którą Helena zetknęła się w czasie wojny. Węzły chłonne na całym jej ciele nabrzmiały, a w wielu miejscach pojawiły się typowe guzki barwy miedzi, które w fałdach skóry rozwinęły się w owrzodzenia o dużej powierzchni. Opatrując te wrzody, Helena musiała zakładać rękawiczki i maseczkę, ponieważ z guzków już się sączyło i groziło zakażenie. Dobrze, że pacjentka nie odczuwała świądu. Dzięki antybiozie rany kikutów nóg goiły się dobrze, ale mięsień sercowy jeszcze nie przywykł do tak długiego leżenia i zmniejszonego układu krążenia, i dziewczyna cierpiała na bezsenność. Istniała możliwość, że antybiotyk wyleczy także syfilis, kto wie. Gdzie byłaś, mamo?, znów spytał Peter, gdy siedzieli w tramwaju. Czy miała mu odpowiedzieć, że spędziła ten czas w obserwatorium astronomicznym albo w motylami, opowiedzieć mu jakąś ładną historyjkę, która w jego oczach jeszcze bardziej niezrozumiałym uczyniłaby fakt, że oddała go na dwanaście godzin?

Mamo! Powiedz coś. Czemu nigdy nic nie mówisz?

Losy głównej bohaterki są przytłaczające, a decyzje jakie podejmowała nie podlegają ocenie, to nie był normalny świat, to była wojna.

Mgła ciężko zalegała nad Zalewem, statki buczały, ich rogi mgłowe deptały sobie po piętach. Wyżej, w mieście, złoto świeciło słońce, rzucając długie cienie, dzień dopiero się zaczynał. Idziemy na grzyby, zarządziła Helena w tę wolną niedzielę, którą dano jej po wielu prośbach ze względu na dziecko, i spakowała koszyk. Trudno było sobie wymarzyć bardziej grzybną pogodę – jeszcze wczoraj padał deszcz, a ubiegłej nocy księżyc był w pełni. Z pewnością pół miasta wylegnie tej niedzieli do lasu, ale Helena wiedziała, gdzie znaleźć odludne polany. Ręcznik, dwa noże, gazeta, żeby w koszyku grzyby się o siebie nie obijały.  Pojechali pociągiem do Messenthin, szybko zostawili za sobą kryte słomą domki z muru pruskiego, Helena znała drogę do lasu. Najpierw gęsta świerkowina, potem głównie buki i dęby. Powietrze było chłodne. Pachniało wczesną jesienią, grzybami i ziemią. Liście buka, gładkie i niektóre już zbrązowiałe, suche małe żołędzie. Helena szła przodem, szła szybkim krokiem, znała swój las i jego polany. Czuła głód, a to zwykle nie sprzyja udanemu grzybobraniu. Wzrokiem omiatała gęstwinę, poszycie, tu było za ciemno, tam za sucho, musieli wejść głębiej w las, tam, gdzie pszczoły grzały się na pniach drzew, powolne w ruchach, sparaliżowane chłodem. Mamo, poczekaj, idziesz za szybko. Peter na pewno został dwadzieścia, trzydzieści kroków za nią. Helena odwróciła się ku niemu, był młody, miał zwinne nogi, nie powinien bujać w obłokach. Ruszyła dalej, przechodziła nad odpadłymi konarami, słyszała trzask łamanych gałęzi pod stopami, grzybów rosnących na drzewach nie lubiła, niech sobie porastają zmurszałe pniaki, szła dalej, szukała borowików, borowików i podgrzybków. Światło przebijało się przez drzewa, ujrzała zieleń, delikatną, suchą zieleń małej polany, tam mogły być, tam musiały być grzyby, niech no znajdzie jednego, dwa, a splądruje całą kolonię. Szła, prawie już nie słysząc wołania Petera, który potykając się, podążał gdzieś daleko za nią. Tu był jeden. Miał stary, gruby kapelusz, brązowy, zupełnie nie taki, jakiego można się było spodziewać tego ranka. Czyż ubiegłej nocy nie padał deszcz i nie było pełni? Późna rosa perliła się jeszcze na niektórych źdźbłach. Możliwe, że ktoś tu był przed nimi i kłusował w ich lesie, na ich terytorium, na skraju ich polany. Helena zatrzymała się i rozejrzała zdyszana. Tamta gałąź, czy nie była świeżo złamana? Poczekaj, zawołał Peter, który jeszcze nie dotarł do polanki, kiedy już chciała się odwrócić i ruszyć dalej w gęstwinę. Nie poczekała, zwolniła tylko kroku. Usłyszała szczekanie psa, rozbrzmiewało z daleka, potem gwizdek, jeden, drugi. Chyba żaden leśniczy nie polował w niedzielę? Królik z kurkami, Helena pomyślała o delikatnym duszonym króliku, którego dawno temu przyrządziła Wilhelmowi. Trzeba by mieć strzelbę. Kurki, jeszcze lepiej maślaki i borowiki. Spojrzenie Heleny wędrowało po ziemi, wypatrywała grzybów z takim natężeniem, że mąciło jej się w oczach. Mu- chomor z mocnym kapeluszem, młody i nabrzmiały jak w książce z obrazkami. Helena szła dalej, Peter wciąż za nią. Przeszli przez tory kolejowe. Zawiało odurzającym fetorem. Śmierdziało padliną, uryną i ekskrementami. W pewnym oddaleniu stały bydlęce wagony, pordzewiałe, zamknięte na głucho. Helena szła wzdłuż szyn, Peter za nią, z daleka dostrzegła policjanta. Może lokomotywa się zepsuła, bydło zawsze cierpiało podczas długotrwałych transportów. Pies zaszczekał, a Helena powiedziała tylko: Chodź. Ruszyła z powrotem do lasu. Musieli obejść pociąg, okrążyć go dużym łukiem, żeby uniknąć smrodu i zejść z drogi psom. Czemu biegniesz, mamo? Czy Peter nie czuł tego smrodu? Helena dławiła się, musiała oddychać przez usta, najlepiej byłoby w ogóle nie oddychać, biegła, łamiące się gałęzie uderzały ją w twarz, uniosła ramiona, osłaniając oczy, pod jej stopami rozpadło się zmurszałe drewno, poślizgnęła się, potknęła, dostrzegła ukryty w poszyciu kapelusz, może był to tylko jakiś gorzki zajączek, nie chciała przystawać, schylać się, w żadnym razie się zatrzymywać, tylko dalej, dalej od tego smrodu. Dopiero gdy odejdą jak najdalej od pociągu na północny zachód, będzie lepiej, smród ciągnął na południowy wschód, z wiatrem, który szedł od morza. Znów gwizdek. Może zgubili kilka zwierząt i teraz ścigali w lesie krowy i prosięta. Helena czuła głód, pomyślała o pyzach z borowikami. Bukiew pryskała jej spod podeszew. Tylko się nie schylać, choć były tak śliczne, te szczeciniaste kapelusiki, te gładkie trójgraniaste orzeszki, które smakowały jak prawdziwe orzechy, gdy się je upiekło, chciała je pokazać Peterowi, ale nie teraz. Udało się, najwidoczniej znaleźli się na wysokości czoła pociągu, okrążyli go dużym łukiem, smród zniknął. Cisza lasu, brzęczenie owadów. Dzięcioł. Mamo, patrz, wiewiórka! Helena otarła pot z czoła wierzchem dłoni. Drogę zagradzał im zwalony gruby i długi pień buka, jego kora nie straciła jeszcze srebrnoszarego połysku. Między bliznami po konarach kłębiły się sczepione parami płaskie chrząszcze w czarne i czerwone plamki, małe dwugłowce. Przynajmniej tę opowieść o doktorze Dolittle’u mogłaby poczytać Peterowi, jeśli już nie Zimne serce, które go przerażało. Gdyby tylko znalazła czas na czytanie, Peter by się ucieszył, ale przecież będzie jeszcze czas, na pewno będzie, musi tylko kiedyś wrócić wcześniej ze szpitala, zdążyć do biblioteki i wypożyczyć tę książkę. Taki pień prowokował, żeby go pokonać. Helena odstawiła koszyk i oparła ręce na pniu, ostrożnie, żeby nie rozgnieść żadnego chrząszcza, pień ani trochę się nie ugiął. Mamo, zaczekaj! Helena wymacała odpowiednio gładką powierzchnię, podparła się rękami i przerzuciła jedną nogę. Pień był tak szeroki i wygięty tak wysoko, że musiała na nim usiąść. Jak teraz zejść? Coś trzasnęło. Nie pień, nie mógł się przecież złamać. Ale trzasnęło bardzo blisko. Znów poczuła smród, ścisnęło ją w gardle, dławiła się, przełknęła i zapragnęła nie oddychać, nigdy więcej nie zaczerpnąć oddechu. Potworny fetor, nie padliny, tylko gnojówki, nędznej gnojówki. Jak to było możliwe, przecież uciekli już od tego bydlęcego transportu, był już za nimi, z całą pewnością. Kichnięcie. Helena odwróciła się. Pod pniem, w wykrocie, jaki pozostawiły sterczące w niebo korzenie, kucał człowiek. Helena otworzyła usta, nie mogła krzyknąć. Była tak przerażona, że z jej gardła nie wydobył się żaden dźwięk. Człowiek w dole kulił się, na jego zgarbionych plecach leżały gałęzie, głowy nie było widać, wciskał ją w ziemię, pewnie miał nadzieję, że zniknie i nikt go nie zobaczy. Drżał tak mocno, że dygotały zwiędłe liście na gałęziach, którymi usiłował zamaskować kryjówkę. Znów trzask. Widocznie trudno mu było wytrzymać bez ruchu, żeby nie dotykać niczego i żeby jego nic nie dotknęło. Mamo? Peter był oddalony o niecałe dziesięć metrów. Szelmowski uśmiech rozlał mu się na twarzy. Chciałaś się schować? Był tak blisko, że nie musiał już wołać. Helena zsunęła się z pnia, poślizgnęła i wybiegła mu naprzeciw, złapała go za rękę i odciągnęła. Mogę ci pomóc, mamo, jeśli nie możesz przejść przez ten pień, pomogę ci, potrafię, zobaczysz. Chciał wrócić do pnia, upierał się, nie chciał iść w żadną inną stronę, chciał jej pokazać, jak się przechodzi przez taki pień. Ale matka nieustępliwie stawiała krok za krokiem, ciągnąc go za sobą. Puść mnie, mamo, to boli. Helena nie puściła, biegła, potykała się, pajęczyny oblepiały jej twarz, biegła, trzymając przed sobą koszyk, jakby mógł ją obronić przed tymi lepkimi nitkami, las trochę się przerzedził, paprocie i trawy stały tu wysoko, było prawie bezwietrznie, ale nie mogli odpocząć, musieli uciekać. To zwierzę było człowiekiem, może to ludzie gnili tam i cuchnęli na szynach. Więzień, któż inny mógł się tak kulić w lekkim ubraniu, drżąc pod gałęziami? Zbieg. Może to był jeden z tych transportów z siłą roboczą, które kierowano do Pölitz. Od rozpoczęcia wojny potrzeba było coraz więcej paliw, brakowało robotników, zastępowano ich więźniami. Nawet kobiety, jak wynikało z pogłosek, które siostry wymieniały, zasłaniając usta ręką, zmuszano do pracy w tych fabrykach, harowały, aż któregoś dnia nie mogły juz ani pracować, ani jeść, ani pić, a w końcu przestawały tez oddychać. Czy widziała twarz tego zbiega, czy podniósł głowę, a ona spojrzała mu w oczy, w przerażone, czarne oczy? To były oczy Marty. Przerażone oczy Marty. Widziała Martę w bydlęcym wagonie, widziała, jak bosymi stopami ślizga się na ekskrementach, jak szuka oparcia, słyszała jęki stłoczonych, westchnienia tego człowieka, jego drżenie, jego liście dębu i jego kichanie. Padł strzał. Myśliwy, zawołał Peter uradowany. Psy zaszczekały w oddali, drugi strzał. Poczekaj, mamo. Peter chciał przystanąć, obejrzeć się za siebie, chciał się zorientować, skąd dochodziły strzały. Ale Helena nie czekała, jego dłoń wyślizgnęła się z jej ręki, dalej, dalej, potykała się, upadała i wspierała na przewróconych pniach, przytrzymywała gałęzi i konarów i nie przestawała biec. Królik z kurkami, coś całkiem prostego, zajączek w wykrocie, między górą i głęboką, głęboką doliną. Przede wszystkim w dolinie. Bydło. Jak mogła kiedyś jeść królika?

Historia opisana w Południcy jest oparta na autentycznych wydarzeniach ojca Julii Franck, co sprawia że trudno o niej zapomnieć. Helena nie jest banalnie skonstruowaną postacią, to kobieta która stara się sobie radzić w nieprzyjaznym świecie najlepiej jak potrafi. Opis z wydawnictwa mocno upraszcza fabułę, właściwie jak dla mnie kompletnie nie trafiony.

Opis wydawcy: Helena opuszcza rodzinny Budziszyn, by zachłysnąć się atmosferą pulsującego energią Berlina lat dwudziestych XX wieku. Zostawia za sobą zimną, okrutną matkę i przedwczesną śmierć ukochanego ojca, nie potrafi jednak od tego uciec. Rozpaczliwie szuka swojego miejsca w świecie, chce też za wszelką cenę zrealizować wielkie marzenie o ukończeniu studiów medycznych, ale przypadek i historia mają wobec niej inne plany. Traci miłość cudownego człowieka i nadzieję na lepsze życie. Zyskuje nową tożsamość. Staje się Alicją. Alicja Schulze, żona nazistowskiego inżyniera, rodzi syna. Nie umie okazać mu miłości, której tak mało doznała, potrafi jedynie dzielić się z nim doświadczeniami, których ma pod dostatkiem. Dlatego dzień po dniu, z poczuciem winy i z narastającą rozpaczą obarcza go swoją krzywdą. 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s