Antonio Tabucchi Czas szybko się starzeje – zgniótł mi się czas

Antonio Tabucchi Czas szybko się starzeje, tym razem nie uległam włoskiemu urokowi, może to kwestia wieku, do niektórych tekstów trzeba po prostu dojrzeć. Opowiadania zebrane w tym tomie mają w sobie rodzaj pewnej melancholii, która zupełnie do mnie nie trafia. Jedno z opowiadań, którego fragment poniżej jest perełką, dla której warto poświecić czas.

Przez chwilę myślała o czasie, o tym, czym on jest, ale trwało to nie więcej niż moment, ponieważ panorama żółtawej łąki przyciągnęła ponownie jej uwagę, po rżysku trudno było chodzić, prawdopodobnie trawa została ścięta w czerwcu, chłopi chcieli zrobić zapasy na zimę, pomyślała, że zieleń żółknie, a potem znów przyszedł jej do głowy kalendarz, miesiące, lata, daty, niemal czterdzieści lat, powiedziała głośno, to znaczy trzydzieści osiem, ale trzydzieści osiem to prawie czterdzieści, a wciąż jeszcze nie urodziłam dziecka. Zdała sobie sprawę, że wypowiedziała te słowa na głos, jak gdyby zwracała się do nieistniejącej widowni na wypalonej żółtawej łące, i na głos kontynuowała: dlaczego nigdy przedtem się nad tym nie zastanawiałam?, jak to możliwe, aby kobieta zamężna prawie od piętnastu lat nie urodziła jeszcze dziecka i nie zastanawiała się, dlaczego? Usiadła na ziemi, na kłującym rżysku. Gdyby się tak umówili z Michelem, miałoby to jakiś sens, ale nie wynikało to z ich woli, tak się po prostu stało, dziecko się nie pojawiło, koniec i kropka, a ona nigdy nie dociekała, jaka jest tego przyczyna, wydawało się to jej czymś normalnym, tak jak wydawało się jej czymś normalnym dorastanie w pięknym domu przy Grands Boulevards, jak gdyby to eleganckie paryskie mieszkanie było czymś najnaturalniejszym na świecie, a przecież tak nie było, nie ma czegoś takiego jak najnaturalniejsza rzecz na świecie, rzeczy istnieją, tak jak chcesz, pod warunkiem, że myślisz o nich i pragniesz ich, wtedy możesz nimi pokierować, w przeciwnym wypadku żyją własnym życiem. Zgoda, pomyślała, ale w takim razie co kieruje wszystkim? Czy było coś, co kierowało od zewnątrz tym ogromnym oddechem, który wyczuwała wokół siebie?, trawą, która przemienia się w siano i która znów się zazieleni, kiedy nadejdzie wiosna, tym dusznym sierpniowym dniem, który dobiega końca, i starą babką z genewskiego domu, nagle poczuła, że bardzo ją kocha, a także ciotecznym dziadkiem z San Galio, który za dużo pije i czyta wiersze, pomyślała o jego poluzowanej muszce i czerwonych żyłkach na nosie i łzy napłynęły jej do oczu, nie wiedzieć czemu przyszło jej do głowy dziecko, które, nie wiedzieć czemu przyszło jej do głowy dziecko, które, prowadzone przez mamę za rękę, wraca z wiejskiego jarmarku, jarmark się skończył, jest niedziela wieczór i dziecko trzyma w ręce balonik, trzyma je z dumą niczym jakieś trofeum i nagle, prask, balonik flaczeje, coś go przekłuło, ale co takiego, może kolec z żywopłotu? Wydało się jej, że jest tym dzieckiem, które nagle widzi, że ma w ręku sflaczały balonik, ktoś mu go ukradł, ależ nie, balonik nie zniknął, tylko wypuszczono z niego powietrze. A więc tak to wygląda, czas był powietrzem, a ona pozwoliła mu ujść przez malutką dziurkę, której nawet nie zauważyła. Gdzie jednak jest ta dziurka?, nie potrafiła jej dostrzec. 

Pomyślała znowu o Michelu, o pierwszych latach, kiedy spędzał całe dnie w laboratorium, wracał wieczorem bardzo późno, śmiertelnie zmęczony, miło było czekać aż do północy i jeść ugotowane naprędce spaghetti, Michel prowadził badania nad lekarstwem mającym uratować dzieci przed straszliwą chorobą i to było wspaniałe, ale po co ratować abstrakcyjne dzieci, skoro wśród potencjalnie uratowanych nie było ich dziecka? Tamte wieczory powróciły wyraźne we wspomnieniu, cicho nastawiane nokturny Chopina, Michel proponował czasami płytę z muzyką berberyjską, powiadał, że rytm bębenków pozwala mu zapomnieć o zmęczeniu i lęku, ale ona nie znosiła tych bębenków, potem szli do łóżka w małym mieszkanku, którego okna wychodziły na pusty paryski plac, i kochali się namiętną miłością, ale z tej miłości nie narodziło się dziecko.